przeglądam form i widzę, że tak naprawdę każda z nas wolałaby nie być na diecie, jeśc ile tylko może zarówno słodyczy jak i bardziej zdrowego żarła. To fakt, że trudno jest wytrwać, mamy swoję załamania, grzeszki i słabe moemanty. Dzisiaj dotarło do mnie, że tak naprawdę, dzięki mojej diecie odzyskałam radość życia, jedzenie już mną nie rzadzi ( no może trochę, ale w o wiele mniejszym stopniu) kiedyś żyłam by jeść ( jak to mowi słynne zdanie grubasa ) a teraz jem, by żyć a żyję by się cieszyć moim życiem, sportem, zdrowym jedzeniem, chipsami marchewkowymi, świezo wycisnietym sokiem z jabłek, lekką duszą i jeszzce lżejszym ciałem, te czynności które były dla mnie normanie przykrym obowiązkiem jak np sprzątanie, gotowanie czy nauka, teraz sprawiają mi przyjemnośc, cały czas mam świadomośc, że wszystko co robie robię dla siebie i że zycie jakie prowadzę jest zdrowe, że postępuje prawidłowo i nie zbliżam się już do klęski, ale do sukcesu. Dla mnie nadwaga i taki styl życia jaki prowadziłam = depresja, nuda, zwatpienie, codzienny smutek i płacz, przygnebienie, brak możliwości kupienia sobie czegoś modnego, ciągłe poczucie wyobcowania, inni moga się opalać, mogą iść na basen, mogą iśc do clubu i nie myśleć o swojej nadwadze, mogą i chcą być aktywne a ja nie moge, dlaczego JA NIE MOGE!? teraz mam wrażenie że pomalutku małymi kroczkami staję się częscią świata które zawsze obserowowałam z boku, podziwiałam i zazdrościłam innym, że mogą się w nim znaleść. tak naprawę dieta stała się moim sposobem na życie czymśc, do czego staram się przyzwyczaić i pokochać, nie musieć ale CHCIEC i mieć świadomośc, że wygrywam, wygrywam z kostką czekolady i samą sobą

wygadałams ię ale ostatnio nachodza mnie tego typu refleksje, neiw iem, może regularna dawka ruchu wzbudza we mnie pokłądy dawno zapomnianego już optymizmu?