Tak. To teraz ja Taki optymistyczny temat, bo w życiu staram się być optymistką. Nawet mi to zazwyczaj wychodzi.
Dietkę zaczęłam pierwszego dnia bieżącego roku, czyli 1 I 2007.
Od tego czasu jestem na diecie 1200kcal - biurowej. Szło świetnie - do wczoraj schudłam sześć kilo.
Ano właśnie. Do wczoraj. Wczoraj zawaliłam na całej linii. Poszłam do Sphinxa i zamówiłam - Shoarmę z kurczaka z serem (całą zjadłam) i zjadłam bułkę pita z moim ukochanym, tłustym sosem. Ale to nic, przeżyłabym. Później poszłam do kina. Na Apocalypto. No i... Jeszcze wszystko jest ok. Tyle tylko że po tym Apocalypto miałam godzinkę przerwy, zanim miałabym iść na Pachnidło (taki maraton mały :P). Więc co? Zamówiłam gorącą czekoladę. Wypiłam. Kupiłam Kit-Kata. Zjadłam. Kupiłam M&M. Cały kubeczek. Zjadłam. Cały kubeczek. I na finał - wzięłam popcorn na salę. Też cały zjadłam.
A dzisiaj weszłam na wagę. Dwa kilo więcej. Jestem zrozpaczona po prostu

Ale nie poddaję się! Dzisiaj już normalnie się dietkowałam - i znowu bez najmniejszych wykroczeń
Dalej się odchudzam. I do 1 lipca będę ważyć to 55kg. Nie ma innego wyjścia.
Nie chcę wyglądać jak patyk. Chcę być normalna.
Mam 15 lat, 166cm wzrostu.