no to zaczynam ...stan wyjsciowy 58 kg,cel do osiagniecia 52 kg (nie wierzyc mamie ktora twierdzi ze bede wygladac jak nedzny szczurek) jak to zrobic??? no i tu zaczyna sie problem....nigdy nie mialam problemow z jedzeniem ,to znaczy jesli sie upre to moge zyc jak wielblad kromce chcleba przz tydzien, niestety nie umiem odchudzac sie madrze: kompletnie nie nadaje sie do diet opartych o schemat :rano salata, w poludnie pomidor a na kolacje jajko na twardo...wiec chyba jestem malo konsekwentna..poza tym z reguly chudne jak nie mysle ze powinnam;samo jakos tak przychodzi a jak juz sie zaczynam sie zastanawiac ile by tu zrzucic to waga staje w miejscu...to taka moja osobista teroria szczegolnej wzglednosci...jezeli chodzi o cwiczenia fizyczne to jakos pogoda mnie nie nastraja do wychodzenia na zewntrz...w krakowie jest zimno:rower odpada ,bieganie odpada,plywac nie umiem...czyli przypadek beznadziejnyproblemem jest tez moj chlopak..czasem mam wrazenie ze on cierpi na ta chorobe ,w ktoej mezczyzna usilnie stara sie utuczyc kobiete: utrzymanie przy nim tej wagi to meka;odchudzania sie nie umiem sobie wyobrazic..moj ulubiony schemat:ciesze sie ze dzis malo zjadlam ,nie jestem nawet glodna wiec to byl dobry dzien...wtym momencie pada pytanie "jestes glodna?(godzina powiedzmy 8 wieczor) i zanim, zdaze zaprzeczyc laduje przede mna 5 podwojnych kanapek z serem wedlina i chyba wszystkim co bylo w lodowce,20 minut sprzeczania sie ze ja tyle przez miesiac nie zjem (on jest niesteety gluchy na racjonalne argumenty) a potem potulnie jem to wszystko ( bo skoro juz zrobil skoro tyle wlozyl w to wysilku i skoro robil to z milosci) i nie spie pol nocy zastanawiajac sie jak to sie przeklada na cm....wiec chyba z nim bezie walczyc najciezejale mam chec walki...bedzie dobrze