Nie będę opisywała długiej i romantycznej historii mojego chudnięcia, bo tak naprawdę nie ma ona znaczenia. Bo nigdy nie udało mi się zrzucić więcej, niż cztery kilo. Przez brak silnej woli i zorganizowania. A także fakt, że przyzwyczaiłam się do mojej wagi i od dziecka, nawet będąc szczupłą myślałam, że jestem gruba. No i się zrobiłam. Zajadam stresy, podjadam między posiłkami, lubię potrawy kaloryczne, mączne i z pudełka, nie wyobrażam sobie życia bez masła i białego pieczywa a czekolada ma dla mnie znaczenie wręcz bałwochwalcze. Przeraża mnie to, szczególnie gdy zdaję sobie sprawę z tego, w jak okrągłe zwierzę się zmieniam. A kiedy jestem przerażona - jem. Bez zastanowienia i opanowania. Bez jakiegokolwiek odpoczynku - dwa śniadanka, obiad, przekąska, dokładka, kolacja, kakałko.

To już podpada pod pargraf, nie?
Tak czy inaczej - od opuszczenia szkoły sportowej cztery lata temu z wagi 58kg doszłam do zaszczytnych 72.

19 lat na karku, 158cm wzrostu 72kg żywej wagi.

Jeszcze nie wiem, jaką dietę chcę zastosować i jak zmusić swoją słabą silną wolę do tego, by mi pomogła.


Ale to już jest z mojej strony de profundis. Bo sama siebie przerażam. Bo nie mam siły walczyć ze sobą, ale walczyć z innymi - jak najbardziej.
Bo się boję.

Pomocy?