A wszystko zaczeło się od niewinnego stwierdzenia taty, że jestem kawał baby i dobrze, bo baba ma miec na czym siedzieć.
Waga wskazywała 51. Rewelacja. Można jeść. Szkoda, ze mi do głowy nie przyszło, zeby po chwili wejść na nią ponownie. Za miesiąc było 74. Nawet sobie człowiek sprawy nie zdaje, ze sprzęt AGD moze doprowadzić do zawału. Szybko wskoczyłam drugi raz i na szczęście pokazała 4 kg mniej. I na szczęście i nieszczęście okazało się, ze bateria pada i waga sobie wskazuje raz tak, raz inaczej. Tak więc nie było co ronić łez nad 74, lecz prawda również nie powalała, bo poprzednie 51 także było zafałszowane.
Po kupnie nowych baterii okazało się, ze już na serio waże 60kg. Dramat. I oczywiście sama sobie byłam winna.

Zaczełam się odchudzać. Od juta, od poniedziałku, od pierwszego. I tak w koło macieju to samo. Fenomenalne jest jak bardzo człowiek potrafi się oszukiwać. Moje liczenie kalorii polegało na tym, ze na oko stwierdzałam co moze iles kalorii mieć. A liczby były mi na ręke - wszystko miało 100 g albo mniej i wszystko miało tych kalorii dziwnie mało. Za to jak się przeszłam pół godziny to pisałam, ze spaliłam 400kcal. Powinnam wyglądac jak Kate Moss i nosić 34 ale jak się łatwo domyśleć to wszystko było sprytnym (albo i nie) okłamywaniem samej siebie.

Teraz zaczełam na serio. Od 4 tygodni zapisuję każdą spaloną kalorię a przede wszystkim skrupulatnie licze te zjedzone. Ważę wszystko, robię proporcję i wpisuję wszystko co zjem. Po każdym posiłku ponad 300kcal lece na rower albo na jogging i ćwiczę. Przynajmniej raz dziennie staram się zrobić coś "sportowego". To mi daje spokój, ze wiecej spalę niż zjem. I chyba jest ok. Miałam zastój przez tydzien ale widze ze waga znów drgneła. Było 58 (od 60 tych 2 kg nie liczę) - dziś rano 54,9.
Jestem szczęśliwa. Marzę o 48, zeby mieć 2 kg rezerwy jakbym po diecie wychodząc lekko przytyła, tak aby na 50 potem pozostac.

Ale... no wlasnie. Nikt mi nie pomaga. Szukam wsparcia, bo tak na serio jestem z tym sama. I gdybym sama żyła na tym świecie dawno byłabym chudziutka. Natomiast codziennie słysze, ze nie powinnam sie odchudzac, ze wymyślam i kombinuje.
Moi rodzice jedzą jakby była wojna i obawy, ze na drugi dzień nie bedzie co do garnka wlożyć. Koleżanki (jedna z jakimś mega super metabolizmem, dwie pozostałe w ciaży ) jedzą prawie cały czas. Mój narzeczony też wcina bo lubi jeść i zawsze pichci coś pysznego.

I jak ja mam sie trzymać? Nie walczę ze sobą tylko z nimi. Bo wg nich jestem chuda. No pewnie, fajnie się mówi. Przecież nikomu nie powiem, ze do perfekcji mam opanowane to jak sie ubrac, zeby wyglądac na 6 kg mniej. Bo moje 10kg nadwagi nie leży w ramionach czy w okolicy chudej klatki, tylko w brzuchu i tyłku. Nie trzeba mieć budowy kulki, zeby mieć nadwagę. A ja wszystko potrafie bardzo skrzętnie ukryć - odpowiednimi biodrówkami, odpowiednim krojem luźniejszej na brzuchu bluzki. Na dyskotece mogę 3 h bez przerwy tanczyć z wciągniętą oponką, tak zeby nie wystawała. Ale tego nie wie nikt, bo nikomu nie mam ochoty się tym chwalić...

A chciałabym móc wbić się w 36 i ubrać krótki top oraz usiąść tak, zeby nie mieć 3 fałd na brzuchu, na którym trzeba wtedy krzyżowac ręce.
Chciałabym, ale codziennie ktoś mi to utrudnia. Ględząc, ze przesadzam i jak się bede odchudzac, zostane anorektyczką, ze kobieta ma być kobieta a nie wieszakiem itp itp. Do tego wszyscy na około coś jedza, albo przygotowują mi jedzenie - dobre, smaczne, pachnące. I zamiast delektować się chlebem ryżowym z pomidorem, posmarowanym obleśną dietetyczną margaryną, jem to jak skazaniec, bo pod nosem pachną mi frankfuterki z majonezem lub szarlotka z bita śmietaną. Wieczorem znajomi piją piwo i jedza pizze, a ja widze w niej 350 niepotrzebnych kalorii, ktore krzyczą ZjEDZ NAS.

Oczywiście dla ścisłosci nie świruję. Wiem, ze to wymaga wyrzeczeń, ale jest mi samej trudno. Dlatego tu się wpisuję i licze na wsparcie, moze ktoś napisze coś o sobie. Kiedy patrze na galerię tych co schudli wiem ze warto. Warto tez być dumnym z siebie kiedy już jest po imprezie, a pizza pszeszła koło nosa. Na tamtą chwile jest zle ale potem waga daje nagrode.
Od wielu lat nie jadam ziemniaków ani makaronu. Nigdy nie jadałam kolacji ani nie piłam napojów gazowanych - tak wiec cieżko było mi rezygnowac z tego co wszyscy bo moj organizm nigdy tego nie dostawał.
Moim grzechem były fast foofy, batoniki i czipsy - przez ostatnie 3 tygodnie zjadłam jedną kostkę czekolady i jednego wafelka. Zadnych fast foodów.

Jestem na tysiaku, piję czerwojną herbatę 3 razy dziennie i jem 2 kapsułki ekstraktu z zielonej. Codziennie jem dwa sztuczne zielone jabłka bo je uwielbiam.


Trzymam za wszystkich kciuki i wy też trzymajcie