Uff...
jakiś ciężki ten dzień.

Nie dałam rady do 15 wytrzymać i zjadłam Wasę z serkiem... stwierdziłam, że lepiej tak, niż potem sie rzucić na obiad.

Zupkę zjem sobie za pół godziny w takim razie... a i tak wiele kcal to ona nie będzie miała.

Rany, muszę posprzątać trochę... ja nie wiem, kiedy taki bałagan robię, coś okropnego :/

Jakaś chodzę zdenerwowana a łapy mi sie trzęsą jak staremu pijakowi :/ O co chodzi, babo?

Swoją drogą zastanwiam się co zrobić jutro: zaczynam mieć lekcje 2 razy w tygodniu o godzinie - uwaga - 7.30 rano, po godzince. Czyli: wstać trzeba będzie ok.6 z minutami, żeby dojechać na miejsce. Na ogół śniadanie jem o 9, po ćwiczeniach, no ale lekcji na głodzie prowadzić nie będę: nie mogłabym się skupić i tylko bym na biednych uczniów pokrzykiwała groźnie.

Co radzicie? Moze tylko jakiś owoc będę zjadała, zeby sobie energii dodać, a śniadanie "właściwe" po powrocie, czyli o tej 9? No bo nie chce sobie tak zmieniać, że 5 dni w tygodniu jem zawsze o 9, a 2 - o 6.30...
A może jeszcze inaczej? Jakiś pomysł?