-
Niech to szlag!
Aż się we mnie gotuje. Może jednak takiej właśnie temperatury wrzenia mi dziś potrzeba? Liczba pytań jakie przychodzą mi na myśl, emocje, wspomnienia, wszystko to nie daje mi jednak spokojnie, racjonalnie myśleć. A wydawało mi się, że ten dzień nie może zacząć się gorzej niż się rozpoczął..
Od wtorku jestem trochę podziębiona. Trochę, dla normalnej kobiety to tyle co resztki kataru, dla osoby z astmą to już problem. Niby dość łagodna ta forma astmy, którą mnie nęka a przecież każde przeziębienie oznacza duszności i konieczność faszerowania się lekami. No i ten dyskomfort! Znowu muszę pamiętać, że to paskudztwo dotyczy także mnie. Ale chwilowe zaostrzenie choroby to także pewien nieoczekiwany plus: Natychmiast przestaję się obżerać. Kiedy jestem delikatnie głodna znacznie lżej mi się oddycha. Wielkie brzuszysko nie uciska przepony ot i cała tajemnica. To dobry czas na podjęcie kolejnej próby walki z otyłością. Tak bym chciała żeby wreszcie mi się udało. Uknułam już szereg teorii dotyczących mojej dotychczasowej bezskuteczności i jedna z nich wydaje mi się wyjątkowo uczciwa i trafna:
Skłonności do tycia, czy też raczej do objadania się ponad miarę, mam od czasów dzieciństwa. Urodziłam się bowiem o czasie, ale moja waga urodzeniowa wynosiła 1800 g. Moja mama dość burzliwie przechodziła okres ciąży i zwyczajnie niedojadała. Do pewnego momentu, już jako kilkuletni berbeć, wyglądałam całkiem sympatycznie, ale wszystko zmieniło się kiedy mama na skutek nagłej choroby wylądowała w szpitalu. Trafiłam wówczas, wraz z nieco młodszą siostrą, pod opiekuńcze skrzydła babci. To wtedy właśnie zaczęła się katastrofa. Zabawnie, można by stwierdzić, że dzieki temu iż słoń nadepnął jej na ucho, moją młodsza siostra uniknęła mojego losu. Babcia bowiem wpadła na szatański pomysł: śpiewała nam piosenki. Tak kochałam to jej śpiewanie, że zgadzałam się przed każdą piosenką wepchnąć w siebie całkiem pokaźną porcję makaronu ze śmietaną i cukrem. Potem rycząc w niebogłosy, usmarkana i szczęśliwa szłam spać. Renacie na śpiewaniu nie zależało, nie dawała się więc przekupić. Cały ten diabelski proceder trwał około 2 miesięcy. Wystarczająco długo, abym wróciła do domu w postaci polskiej pyzy. Z tego okresu mojego życia datują się moje trzy ważnie odkrycia: 1. Patrzę na świat muzycznie, 2. Ryczę nawet wtedy, gdy otwierają supermarket, 3. Uwielbiam się obżerać.
No dobrze, ale co z teorią? Aby ją pojąć muszę napisać jeszcze trochę. Kto już się znudził, niech to oleje. Nie pogniewam się.
Mama jakoś doprowadziła mnie do ładu i składu i w życie nastolatki weszłam jako zgrabna dziewczyna. To był bardzo miły okres w moim życiu bo tak po prostu i bez zbędnych krygowań mogę napisać, że byłam ładną dziewczyną. Może nie jakąś szczególnie uderzająco piękną, ale po prostu ładną. Parę lat później stałam się także ładną kobietą, a potem żeby było odpowiednio nudno, ładną mamusią. I wszystko byłoby ok, i pewnie teraz prowadziłabym spokojne życie ładnej czterdziestolatki, gdyby mi nie odbiło któregoś dnia i gdybym nie sięgnęła po papierosy. Ohydny ten nałóg szybko i skutecznie uzależnił mnie odbierając mi połowę godności i całą wolność. Potrafiłam biegać od sąsiada do sąsiada, późnym wieczorem, prosząc o pożyczenie kilku papierosów. Rzucałam wielokrotnie i bezskutecznie. 1 stycznia 1990 roku, ważąc około 60 kg, ogłaszając to wszystkim dookoła (żeby mi potem było wstyd jak nawalę), rzuciłam palenie ostatecznie.
I co? I pewnie każdy się domyśla. Było klasycznie. Zamiast palić zaczęłam jeść. W ciągu tych 15 lat przybyło mi na skutek nowego nałogu 35 kg. Kilka razy próbowałam podjąć próby odchudzenia. Jestem w pełni świadoma faktu, że nie zasłonię się złą przemianą materii. Mam bardzo dobry metabolizm - jeśli tylko przestaję się objadać zaczynam chudnąć. Problem jednak polega na czym innym. Wbrew pozorom rzucenie palenia jest znacznie łatwiejsze niż rzucenie jedzenia. Jeśi tylko znajdziesz w sobie siłę na pokonanie pokusy sięgnięcia po papierosa, masz poważne szanse na sukces? A jedzenie? Jeść przecież trzeba codziennie. Musisz sięgnąć po kanapkę, sałatkę, cokolwiek. To tak, jakbyś była palaczem, który codziennie ma wypalić tylko 3-5 papierosów. Krótko mówiąc moich niepowodzeń upatruję w fakcie, że jedzenia nie da się rzucić całkowicie. A jak już sięgniesz po nie, pojawia się lawina. Aby schudnąć i utrzymać ten stan musisz codziennie kontrolować zagrożenie lawinowe. I to jest właśnie moja teoria. Pewnie nieszczególnie odkrywcza, ale co może być odkrywczego w kolejnych próbach zmiany hipopotama w gazelę..
Po cichu, jadąc dziś do pracy, myślałam o tym, że może oto nadszedł taki właśnie dzień, w którym raz jeszcze warto zmierzyć się z szalejącą lawiną. Może więc spotkana przeze mnie matka mojej koleżanki z czasów liceum nie jest, jak mi się to wydawało jeszcze godzinę temu, potworem, a właśnie dobrą wróżką zesłaną przez miłościwego Boga. "Mój Boże" - oświadczyła - "A byłaś taką drobniutką dziewczyną". Ha! Ha! szkoda, że nie mogłam jej ukatrupić na miejscu. Może jednak zrobię to w jakimś innym terminie. Może tutaj, na forum, szukając metody na pozbawienie jej tchu, znajdę sposób najskuteczniejszy? Może zmienię się choćby w hybrydę pół hippo i pół gazelę, bo o całej gazeli to już nawet nie śmię po cichu marzyć. Kto wie jak będzie, ale jedno jest pewnie, za chwilę nacisnę "wyślij" i zacznę kolejną walkę. Trzymajcie za mnie kciuki.
[/list][/url]
Uprawnienia umieszczania postów
- Nie możesz zakładać nowych tematów
- Nie możesz pisać wiadomości
- Nie możesz dodawać załączników
- Nie możesz edytować swoich postów
-
Zasady na forum
Zakładki