Witajcie!!

Dawno mnie nie było tu na forum, nie udzielałam się, bo też nie wiedziałam co pisać. Nie chce rozpoczynać swojego pamiętnika od dołującego postu, ale wiele się przez ten czas w moim życiu działo.

Po 4 latach związku mój były mnie rzucił. Teraz brzmi to banalnie, ale dopiero od niedawna zaczęłam o nim myśleć jako "były, który rzucił". Przez około 2 miesiące cierpiałam katusze, prawie nic nie jadłam i schudłam ok. 7 - 8 kg. Może nie był to rewelacyjny wynik, ale zważywszy na to, że to działo się podczas świąt to może budzić podziw. W tym czasie prawie nic nie jadłam i tylko po kątach płakałam. Na szczęście moja przyjaciółka wyciągnęła mnie z domu i zaczęłam chodzić na różne imprezy, co prawda to też nie było za dobre (duuużo alkoholu), ale lepszy pijacki śmiech niż płacz - tak myślę.

Dół minął a ja zaczęłam jeść. Te 8kg. szybko wróciły i to z nadwyżką. To się nazywa objadanie się postresowe czy jakoś tak, w każdym razie obecnie pobijam wszelkie rekordy w wadze. Obecnie jest to moja najwyższa waga w całej mojej historii i wcale nie ma się czym chwalić. Zaczyna mi kręgosłup boleć, ciężko mi się chodzi i w ogóle czuje się strasznie.

Pewnie dalej bym tak tyła i tyła, popadała w coraz większe rozgoryczenie, ale po rozmowie z Kubą (:* !) zdałam sobie sprawę, że nie musze czekać na wizytę u psychologa (tak jestem umówiona, ale na za 2 tygodnie) i mogę już zacząć działać.

Teraz dla tych co mnie nie znają:

Jestem Marta, mam 21 lat, 164cm. wzrostu i ważę coś koło 97kg (!), jutro się dokładnie zważę. Odchudzam się odkąd pamiętam, ale raz schudłam do 64kg, mój cel to 55kg.

Jaki plan? Wolałabym na razie nie wymyślać żadnych diet, na razie chyba najlepszym wyjściem będzie ŻP (żryj połowę), a potem już będę jadła to co mi każą .