Tak, to wszystko prawda.
Z tym, że nie bardzo.
Ile razy mówiłam, że już wszystko wiem. Wszystko rozumiem. Znam mechanizmy. A guzik!
Nie. Dzieje się coś na poziomie, którego nawet nie dotykam, do którego nie jestem w stanie dotrzeć. Nie wiem jak. Inaczej radziłabym sobie. Po tylu próbach wreszcie umiałabym sobie poradzić. Shin, nie umiem ci wytłumaczyć co się dzieje w mojej głowie, kiedy bezmyślnie sięgam do szafki w kuchni. Ja nie wiem. Nie umiem tego zarejestrować. Po wszystkim czuję sie jak kupa i tylko to wiem. Cały proces emocjonalny z czasu "w trakcie" nie jest dla mnie dostępny na poziomie świadomości. Coś się dzieje w tle, coś co mi umyka. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć i przeanalizować co myślałam i co czułam "podczas". Czy to było chociaż przez chwilkę przyjemne? To nie sa kaprysy i zachciewajki. Jakbym wtedy była pusta. Jakby mnie nie było w środku.
To jest jak DOS w komputerze. Nie znam komend, które pozwalają nad tym panować. W końcu czas się przyznać, że ich nie znam i nie mam pojęcia czy to co robię niby dla siebie i dla mojego dobra i co uważam za słuszne, czy to nie programuje kolejnych małych katasfrof na poziomie podświadomym. Nie wiem. Nie radzę sobie z tym i nie wiem co robić dalej. I choćbyś nie wiem jak bardzo na mnie krzyczałato nie sprawi, że się dowiem i zrozumiem.
Wczoraj cały dzień było dobrze. Na kolację zjadłam dwie kromki z pastą fasolową. A potem zdałam sobie sprawę, że po kanapkach wciągnęłam jeszcze dwie kulki mozzarelli. Po cholorę? A bo ja wiem? Oczywiście, że pamiętam jak szłam do lodówki, jak rozcinałam nożyczkami opakowanie i osuszałam serek na papierze kuchennym. Ale nie wiem w którmy momencie podjęłam decyzję, żeby iść do kuchni... Nie było żadnych rozważań, czy mogę, czy powinnam i jakie będą tego efekty dla mnie, mojej wagi czy samopoczucia (zemdliło mnie przeokrutnie) i ostateczniej decyzji, że pierdzielę, zjem bo lubię, i co mi kto zrobi! Shin, z całym szacunkiem, ale to nie jest takie proste jak piszesz. Myślisz, że z góry opracowałam moją stretegię drożdżowej wędrówki po cukierniach? Na trzeźwo nie wpadłabym na tak absurdalną argumentację! Max 1 bułka w jednej cukierni. Co za bzdura! A jednak coś takiego byłam w stanie po prostu zrobić. Bez planu, bez namysłu. Jak psychol jakiś.
To co jest racjonalne to jest do opanowania. Jestem świetna w pracy. Bo ekonomia to nauka ścisła. Są prawa niezmienne i nie do ruszenia, a moja praca da się ułożyć wg regulaminów, zasad i stałych procesów. Nawet segregatory mam wszystkie w jednym kolorze a maile program segreguje mi wg nadawców. Mamą jestem niezłą. Bo dziecko ma nazwane potrzeby: jeść, spać, ubrać, odrobić lekcje itd... To zadania do wykonania. Opanować dom? Bez problemu bo to kolejna lista racjonalnych czynności - sprzątanie, gotowanie, opłacenie rachunków... Dieta? Proszę bardzo - WO, keto, wege, co checie - zbiór ściśle skatalogownych zasad, które trzeba przestrzegać. Oh, jestem świetna w porządkowaniu, układaniu i pilnowaniu reguł. A potem przychodzi czas, gdy trzeba lekko zaimprowizować i wtedy się sypię. Bez ostrzeżenia i właściwie bez powodu.
W mojej psychice jest coś, czego nie umiem zamknąć w ramy. Nie sądze też, żeby to wszystko co właśnie napisałam jakoś sensownie obejmowało temat.
Dziewczyny, ja nie wiem co się dzieje i co mam z tym zrobić. Nie wiem.
Zakładki