Zwykle jest tak, że postanawiamy: "Od jutra ZUPEŁNIE przestaję jeść słodycze!". No to "na pożegnanie" ładujemy sobie tyle łakoci, ile wlezie. A potem nie możemy się rozstać ze słodyczami... Tzw. "mit początku", czyli "od jutra..." itd.
Przykład drugi. Przestajemy jeść slodycze i w ogóle jesteśmy dzielne, bo trzymamy się już prawie cały dzień, a tu nagle... mama kupiła czekoladę/upiekła ciasto/poszło się na lody z koleżankami... Tragedia! "Eh, to nie ma sensu, skoro nawet jednego dnia nie wytrzymałam bez glupiej tabliczki czekolady, to po co zawracać sobie głowę odchudzaniem?" I na pocieszenie cały słoik Nutelli lub paczka "Delicji"...
Znacie to? Bo ja(mniej więcej) tak...

Ale do czego ja dążę?

KONIEC Z TYM!!!
Koniec z wiecznymi rygorystycznymi postanowieniami i ich łamaniem!
Koniec z obżarstwem!


Przestańmy się stresować i pozwalajmy sobie na przyjemności ale NIE np. góra slodyczy.
Proponuję np. do 4 kostek czekolady dziennie czekolada ma duużo magnezu, zwlaszcza gorzka, która dodatkowo mniej tuczy! Ewentualnie możemy jeść rzadziej - np. 3 razy w tygodniu, coś większego - np. jakies male ciastko czy coś. Chodzi o to, żeby nauczyć się jeść słodycze z glową, czyli nie długotrwały "post" a potem rzucanie się na górę słodyczy (każda z nas ma potem wyrzuty sumienia...), tylko regularnie po trochu! Nie wchłaniajmy nie wiadomo ile, tylko delektujmy się małą ilością - próbowalam i jest świetnie!!!


Co Wy na to?

P.S. Od tygodnia jem codziennie tzw. paseczek (czyli 3-4 kostki) gorzkiej czekolady i żadnych slodyczy więcej - po prostu juz nie mam ochoty! Mam przyjemność (gorzka czekolada jest nawet slodka, tzn. wydaje mi się taka, bo nie slodzę) i nie mam wyrzutów sumienia. Dodatkowo ćwiczę swój Bodytrainer, więc myślę, że jest(i będzie!!!) OK.