Jest tak: spokojnie chudnę, ale rzeczywiście na okrągło liczę i ważę.
Kiedyś myślałam, że dobrze się odżywiam, jedząc musli owocowe z mlekiem na śniadanie (uwielbiam!). Jak zobaczyłam, ile to ma kalorii, to mi oczy wyszły na wierzch! Teraz to mogę chyba tylko zamiast obiadu ze świadomością, że właśnie konsumuję 1/3 dobowej dawki.
Pomidory i sałata - w dużych ilościach (ale bez przesady) dobrze mi wchodzi. Czasem nawet zjadam loda, wypijam lampkę wina (jak są goście) - byle nie przekroczyc limitu kalorii. Mam też szczęście, że lubię wszystkie potrawy gotowane na parze (zwłaszcza ryby). Obrzucam trochę warzywami i mam niskokaloryczne pyszne danko. No i przemogłam się - piję dużo więcej wody niż kiedyś (kiedyś właściwie wcale nie piłam).
Czuję się świetnie i widzę już po ciuchach, że są postępy.