DIETA KOPENHASKA – DZIEŃ SIÓDMY (czwartek)

Wystarczyła chwila, żeby samemu sobie zafundować problem. Rano czułem się niezbyt dobrze, brakowało mi cukru w kawie (to dzień z gołą herbatą) więc zjadłem jabłko. Potem w dzień to co bozia przykazała. A godzinę później wystarczył kęs cholernej zapiekanki szykowanej dla gości, żeby umoczyć ciało.

Ważę 94 kg, a więc zrzuciłem 3 kilo. Przemyślałem sprawę, zaczynam kopenhaską od początku. Dzisiaj dzień zerowy a nie siódmy. Jeśli jednak ponownie choć raz upadnę, to przerywam tę dietę i wracam do 1000kcal.

Dlaczego taka decyzja? Chcę w końcu zrobić coś w sposób zaplanowany i twardy od początku do końca poważnie, bez trzymanki i tak, żeby bolało. Ma być trudno. Ma ssać w żołądku. Mają boleć mięśnie.

Wiem, jak dostanę po głowie za bohaterszczyznę - ale przemyślałem sprawę i taka jest moja decyzja. Koniec, kropka

[to było wczoraj]

KOPENHASKA – DZIEŃ PIERWSZY (w sumie ósmy – czyli piątek)

rano: kawa
lunch: szpinak 650g (130kcal), pomidor (bez wstrętnej skóry 180g – 30,60kcal), dwa ugotowane jaja (176kcal) – razem 336,60kcal
obiad: filet z kurczaka pieczony z ziołami bez soli (210g – 256,20kcal), sałata 120g (16,80kcal) i łyżeczka oleju (10g – 90kcal) – razem 453kcal
cały dzień razem: 789,60

Samopoczucie? Bardzo dobre. Na dobry razowy chleb zerkam, ale wytrzymam. Do jutra.

MAXicho