Schudłam, tak 4 kg. Może to i mało, na tylew czasu odchudzania jakis miesiąc (naturalnie z przerwami ;/) Ale już rodzina wyzywa mnie od anorektyczek, ze jestem chora psychicznie, ze skończe jak szkieletor, moja siostra robi mi psychoanalize. I najlepsze ze wmawia mi ze jestem egoistką bo gotuję jedzenie tylko dla siebie, chodze po sklepach jak przydup i non stop sprawdzam kalorie. I tak oto MOJA WSPANIAŁA RODZINKA zepsuła mi całą radość odchudzania... Nie dość że gotują pieczenie, boczki, rolady to dosłownie NON STOP mówią ZJEDZ OBIAD. A kiedy widze te tłuste rzeczy które mama gotuje to mi sie robi niedobrze ;/ Wczoraj znów to samo - weź sobie pączka Martusiu, pączek ma MAŁO kalorii. I tak przez cały dzien. W kółko. A jak ważyłam 65 kg, to mi tatuś z 20kilową nadwagą RADZIŁ jak schudnąć. Chodział za mną i powtarzał, żebym nie jadła kolacji. Siostra kiedy jadłam obiad robiła wielkie oczy "Boże tyyyyyle sobie nałożyłaś". Wkońcu kończyło się na tym, że z płaczem odmówiłam przyjmowania jakichkolwiek posiłków. A pootem przychodzili do mojego pokoju i namawiali zjedz sobie martusiu zjedz... I cykl się powtarzał. Wkońcu jak teraz waże 58 to też im nie pasuje. JA już chyba mam dosyć, czy oni nie potrafią zrozumieć że dla mnie te 55 kg jest WAŻNE. Że tyle POWINNAM WAŻYĆ przy wzroście 164? Że to nie jest ANOIREKSJA? Kiedy im to mówię mama wygłasza mowę"Wiesz córka mojej koleżanki też się tak odchudzała i straciła okres" .. A to moja wina że walnięta była? Ja jem 1200 kcal im mało, jak jem 'normalnie' to zaraz się zaczynają przychrzaniać. Chyba mam dosyć..