Dzień 6.

Come back! Weekend się zakończył i może dobrze własnie Wyjazd okazał się pomyłką nad pomyłkami. Mojemu misiowi ktoś narkotyków na imprezie dosypał . Dobrze ,ze jestem na antydepresyjnych tabletkach ,bo chyba bym Go zabiła. Bosze co ja musze przechodzić. Najważniejsze ,że to nie jego wina... dzis cierpiał ..oj cierpiał .A jaki kochany był Cały czas się kleił ,przytulał no i byłam w szoku chyba musi częściej trzeźwieć

wracając do tematu dietki. W sobote jadłam bardzo mało ,bo tyle co w domu ,a potem wypiłam 3 piwa. W ciągu całej nocy ,steresów i gonitwą za niektórymi niedobrymi ludzikami spalilam chyba z 10
A dziś...z racji tej ,że od 8.30 nie spaliśmy tylko w biegu lataliśmy po ZG na kocią łapę zjadlam z moim na pkp bułkę i jogur pitny. A w domu skusilam się na talerz gyrosa ,ale mały od razu mówię. I jadłam go o 15.00 więc od tego czasu nie jadłam specialnie. Wypiłam 2 l. herbaty grejfrutowej i już dobrze więc kula się...
A jutro musze wejść na wagę ,bo wciaż nie dowierzam ,ze jest jak jest. Aaaaa...Bogu dzięki za to ,że jutro 2 wf

Udanego poniedziałku. Dziękuję za odwioedzinki i za to ,ze kibicujecie mi