Czytałam tutaj dużo postów i postanowiłam sama spróbować ze wszystkiego się spowiadać i wyżalić, bo i jest z czego
Na początek napisze, że mam 17 lat, 164cm. wzrostu i ok.70kg wagi (ok. bo waże się w piątek), jestem z Wrocławia. To dane wstępne.
Odchudzałam się odkąd pamiętam i jak się domyślacie z marnym skutkiem. Moim problemem nie była dyscyplina i wytrwałość (chociaż po części też) ale najbardziej to efekt jo-jo. Zaraz wytłumacze dlaczego. Otóż zawsze chciałam uporać się z nadwagą (która z czasem przerodziła się w otyłość) w sposób szybki i bezbolesny. Czyli-głodówki, przez które wypadały mi włosy, łamały paznokcie itp. Oczywiście starałam się ćwiczyć z kasetą (i sławną Cindy) ale w końcu nie trwało to zbyt długo-chyba to było jednak zbyt rygorystyczne, gdyż któregoś pięknego dnia poprostu nie wytrzymywałam i rzucałam się na żarcie
i tak w kółko. Kiloramy przybywały a ja jakoś nie czułam się przez to szczęśliwsza. Do tego moja siostra (starsza o 6 lat) choruje na bulimie, więc można sobie wyobrażać jak chodziłyśmy razem na "balangi" jak to nazywałyśmy, ona z wiadomych powodów nie tyła a ja i owszem. W między czasie mama wysyłała mnie do sanatorium. Nawet dwa razy. Pierwszy w wieku ok.13-14 lat, i przyznaje podobało mi się tam. Poznałam super ludzi, chłopaka
i w ogóle, ale pamiętam jak dziś pierwszy dzień w domu...otowrzyłam lodówkę i odrazu zjadłam 4 kromki białego chleba. Dalej już nie pamiętam, obiecywałam sobie że to tylko jeden dzień, od jutra dieta itp. Te od jutra ciągnęło się w nieskonczoność, tak, że przytyłam jeszcze więcej. Potem długo nic...czasami jakaś dietka conajwyżej trwająca miesiąc, stawałam się coraz bardziej smutna, apatyczna i oczywiście efektem było mało ruchu i dużo jedzenia. Wiadomo, że i sytuacja w domu mi nie służyła, ciągłe kłutnie rodziców z siostrą o jedzenie i pretensje... Raz nawet chciałam popełnić samobójstwo. Mieszkam na 9piętrze więc skok z okna by "załatwił sprawę" ale jednak coś mnie zatrzymało, nie czułam się przez to lepiej, ale popłakałam, popłakałam i przestałam. Psycholog mi nie pomogła, zresztą chyba nawet to moja wina- nie chodziłam do niej.
Docieram do zeszłych wakacji, które załamały mnie. Mama ponownie mnie wysłala do sanatorium. W głębi duszy chciałam żeby był taki jak poprzedni, jednak pomyliłam się...Przed nim leżałam tydzień w szpitalu, żeby wykluczyć jakąś chorobę, wyssali ze mnie chyba z litr krwii NIC, może tylko coś ze stresem (jakiś hormon-nie znam się) ale to utwierdziło mnie w przekonaniu-by schudnąć trzeba poprostu mniej jeść i faktycznie-po tygodniu z 94kg.
zeszłam na 88kg.. No i pojechałam do tego sanatorium gdzie schudłam tylko 3-4kg. ale było strasznie-ludzie uważali mnie za satanistę, bali się mnie, chłopak który podobał mi się znalazł sobie inną dziewczynę, która była szczupła (przyjechała na alergię), po przyjeździe wróciłam do 88kg. ale...we wrześniu zmieniło się całe moje życie...Przed sanatorium poznałam na gg pewnego chłopaka, który ZADZWONIŁ do mnie, pomimo że zdjęcie widział
, przyjechał tydzień później i...tak się zaczęło. Mówił (i dalej mówi
) że podobam się mu taka jaka jestem i powtarzał że jestem piękna. Nie trudno sobie wyobrazić, że całe moje nastawienie do życia uległo zmianie. Pokochałam je i wiecie co...zaczęłam się odchudzać ponownie. Nie dla Niego, nie dla mamy ani ciotki która się ze mnie śmiała, tylko tak o, dla siebie
. Najlepsze jest to, że poskutkowało!! Dziś waże jak już mówiłam ok.70kg i chce zejść do 60 a może 55...Zaczęłam od diety 1000cal, chociaż bywało mniej (600) i więcej (1500), ale udało się! teraz jestem 3 dzień na diecie kopenhaskiej, myślałam, że schudne na niej 15kg (bo mojej mamy koleżanka powiedziała że można schudnąć nawet 20
a po waszych wypowiedziach zaczynam w to wątpić, najgorsze jest to, że swojemu miłemu nie powiedziałam o tym...wiem, że by się martwił, więc nie powiedziałam mu. I mam dylemat-po diecie chce odrazu najeść się lodów, a wiem, że nie moge...może po "13" dalej mam jechać 1000cal??
Ps. Wiem, że nikomu nie będzie się chciało tego czytać, ale poczułam się lepiej...
Zakładki