Dołączam się Mam b.podobnie, jedzenie za mną chodzi i kusi... walczę jak jakiś legendarny heros z zejściem poniżej 70kg - na razie jest ok, ale wiem że to u mnie cholernie chwiejne i wystarczy chwila nieuwagi i znowu będę miała 72-73kg na koncie Mój organizm uwielbia tą liczbę i do niej ciągle dąży...
Z tym dietowaniem - po udanym pierwszym etapie South Beach próbuję swoich sił z dietą 1000-1200kcal, jak na razie jest nienajgorzej, ale tak jak mówi Traszka - liczy się W CZYM są te kalorie zawarte... Mam dni zdrowego jedzenia, a mam dni buntu, kiedy jem frytki i stripsy w KFC, do tego jakieś jogurtowe śniadanie i limit wyczerpany! Potem to już mój problem żeby głód zapić wodą czy pepsi light. Raz na jakiś czas - niestety, niestety! - uwielbiam wsunąć śmieciarskie jedzenie i poprawia mi to humor, że jestem normalna, a nie jak ten dietujący królik wsuwający tylko brokuły i jogurt naturalny >bleh< Trochę mi to odciąża psychikę.

Co jest dobre - mieć zakodowane ograniczenia i wyuczone ile mniej-więcej co ma kalorii i po pewnym czasie organizm sam wyczuje kiedy ma powiedzieć "stop" i że na dziś koniec z jedzonem. Zauważyłam że po każdym kęsie przeliczam ile kalorii i w związku z tym co mogę dziś zjeść.
Trzeba się po prostu wziąć w garść Ale nie ma co wymuszać na sobie "od dziś 1000kcal i basta!" bo długo się nie wytrzyma, do tej myśli trzeba dojrzeć, przemyśleć wszystko i naprawdę chcieć. Uwierzyć w siebie. A na dłuższą metę przy tysiaku - jak pewnie wiesz - wyrabia się pewien odruch i dieta się trzyma jakoś... sama

pozdrawiam