Sobota rano - pierwszy dzień końca przyjaźni z nadwagą.
Poranne ważenie dało 100,5 kg. WRRRRRRRRRRRRR ..![]()
A już było 99kg. Ale nie dziwię się - poniedziałkowe zatrucie i biegunka oznaczała odstawienie leków i same sucharki przez kilka dni. Został mi zapasik wody no i te sucharki niestety z chałki więc pieczywo słodkawe i wcale kaloryczne. I zero zielska
Śniadanko - kromka razowego z 7 ziarnami pomazana pastą pomidorową i 4 plasterki cienkie tatrzańskiej, ogórek kiszony, pół małej cebulki czerwonej. MNIAM!
Kawa - rozpuszczalna Nesca z cukrem (niestety, gorzkiej nie znoszę, ale to tylko pół łyżeczki) oraz śmietanką - niestety sypaną, bo mleko skondensowane "wyszło"![]()
Makaron (połowa tego co zazwyczaj jadam - czyli po ugotowaniu może szklanka) z sosem z mielonego indyka duszonego z mieszanką warzywną, z łyżeczką mąki ziemniaczanej, mały ogórek kiszony.
Grejfrut (to przez Małysza - nerwy) i wieczorem dwa jabłka pieczone z łyżką bardzo czubatą muesli.
Cztery butelki 0,33l wody mineralnej niegazowanej i dwie herbaty bez cukru dopełniają całodzienny spisik.
Do poduszki - książka o jodze.
Wyszło mi 1100 kcal.
Zakładki